Poezja Poezja Śpiewana Proza Recenzje O mnie News Ksiega Gości Polecam

Podróż na Kresy

Proza » Podróż na Kresy

I jechaliśmy wreszcie w kierunku wschodniej granicy z bijącymi mocno sercami i ogromną ciekawością. Jak wyglą dają teraz Kresy Wschodnie: polskie kiedyś Podole… Wołyń… ? Nazwy przecież jak Sienkiewiczowskiej,,Trylogii”: Zbaraż, Trembowla, Kamieniec Podolski, Wiśniowiec, Chocim… To wszystko zobaczymy przy okazji. Celem naszej podróży jest Krzemieniec.Chcemy odnaleźć w nim ślady Słowackie go, jego dom, gimnazjum,w którym się uczył, grób jego mat ki — Salomei. Autobus, który przyjechał po nas z Ukrainy, to model chyba z lat pięćdziesiątych.Skrzynia biegów przy każdej ich zmianie zgrzyta przeraźliwiei wydaje się, że już następnym razem rozleci się na kawałki. Skład uczestników wycieczki zaskakujący: wiek od dziesięciu do osiemdziesięciudwóch lat. Połowa autobusu to uczniowie i nauczyciele ze szkoły, w której uczę (Społeczna Szkoła im. Juliusza Słowackiego w Krakowie), druga połowa to Kresowiacy, ludzie, którzy kiedyś mieszkali na tych terenach i teraz, po ponad pięćdziesięciu latach wracają tam odszukać swoje wspomnienia, zadeptane przez wojnę i nieludzki system.

Pan Stanisław — najstarszy uczestnik wycieczki, ukończył krzemienieckie gimnazjum, chodził na msze do gimnazjalnego kościoła i jako nastolatek umawiał się tu na swoje pierwsze randki. Wiosną, zapewne jak teraz, kwitły przepięknie liliowe krzemienieckie bzy i tak jak teraz nad miastem górowało Wzgórze Bony z ruinami zamku,który, już wtedy bardzo stary, zachęcał do spacerów we dwoje. Dziś starszy już, mocno siwy pan, nadal romantycznie przystojny, z wąsami jak Piłsudski,o lasce. Oczy zachował młode. Za palały się w nich ciepłe ogniki, gdy stojąc przed dworkiem Słowackiego pokazywał nam, w którym oknie mieszkał je go gimnazjalny kolega, z którym jednego roku spędził święta Bożego Narodzenia, bo nie mieli pieniędzy na podróż do domu. (Takie to były czasy). Te ogniki płonęły również wtedy, gdy patrzył na ładne kobiety lub sypał dowcipami jak z rękawa. Świetny facet ! Tacy rodzili się tylko na Kresach ? Pani Anna — nieomal równolatka pana Stanisława, wybrała się w tę podróż wspomnień ze swoim pięćdziesięciopięcioletnim synem. Mały Boguś miał cztery lata, gdy uciekała z nim z Krzemieńca przed bolszewikami. Dziś krzepki, brodaty, wysportowany, nie wygląda na tyle lat,ile ma. Pani Anna: wiotka, delikatna, subtelna. „Drobi kroczki” starając się trzymać ręce przed sobą. Chyba słabo widzi. Wiezie wianuszek z nieśmiertelnikówna grób męża w Krzemieńcu. Chce pokazać synowi grób ojca. Drugi pan Stanisław (w myślach nazywam go „reporter”) z wielkim aparatem fotograficznym, którym chce uwiecznić wszystko, zwłaszcza Zbaraż. Tu przed laty przyjechał do stryja ze swoją mamą, tatą, dwoma siostrami i bratem. Miał wtedy dziesięć lat. Nie wrócili już do domu. Stąd zesłano ich na Syberię, gdzie przesiedzieli całe długie sześć lat.Teraz próbuje rozpoznać szkołę w Zbarażu, kościół, drogę na zamek. Dwie starsze panie (siedemdziesiąt sześć i siedemdziesiąt osiem lat), wyglądające jak bliźniaczki, z dużą jeszcze werwą, trochę rozpieszczone (jak przystało na córki wysokiej rangi oficera Legionów), z niecierpliwością oczekują przyjazdu do Wiśniowca. Tu w pałacu, sześćdziesiąt lat temu spędziły wakacje na obozie zorganizowanym dla dzieci oficerów. Pokazują zdjęcie zrobione wówczas na tle ganku, z którego patrzą na nas dwie uśmiechnięte, bardzo ładne i bardzo młode dziewczyny. Proszą, aby zrobić im zdjęcie teraz, w tym sa mym miejscu. — Bo wie pani — mówi do mnie starsza — w tym oknie na pierwszym piętrze stałam, a Zbyszek Potocki tu, pod tym drzewem. Patrzyliśmy na siebie… Wtedy widziałam go po raz ostatni… "Boże, co za nazwiska - myślę sobie: Potocki, Wiśniowiecki… Kim byli i w jakich sferach obracali się kiedyś ci ludzie, którzy teraz jadą ze mną autobusem i oprócz wspomnień niewiele dziś mają ?" Te wspomnienia plączą się z teraźniejszością. Trzy doby byliśmy w Krzemieńcu i przez trzy wieczory przychodził do hotelu do pani Anny elegancki starszy pan, Ukrainiec, w nienagannie skrojonym garniturze, mówił pięknym polskim językiem, przynosił kwiaty, trzymał ją za rękę i zwracał się do niej „kochanie”. Wszystkich zbulwersowała wiadomość,że to jej pierwsza sympatia. Wynurzył się z przeszłości i stanął przed nią teraz, z kwiatami w ręku i ogromnym wzruszeniem na twarzy. Nawet pan Bogdan (syn pani Anny) nie miał im tych spotkań za złe. On już dawno nie miał ojca, a ten przystojny, starszy pan, od wielu lat już był wdowcem. Pani Emilia przyjechała tu z córką (córka w wieku dojrzałym), a wyjeżdżała z Krzemieńca, gdy mała miała rok. Duchem chyba młodsza od córki, miła, uśmiechnięta, pogodzona z życiem optymistka. Wszyscy oni, ci Kresowiacy, są tacy pogodni, wyciszeni, spokojni i uprzejmi. Czasy, w których się urodzili i rośli, wyposażyły ich w coś,czego nam, urodzonym po wojnie i wychowanym w PRL-u, brakuje. W muzeum krzemienieckim pani Emilia odnalazła duże zdjęcie swojego męża (młody chłopak z aparatem fotograficznym w ręku). Był znanym fotografem. Są w Krzemieńcu Polacy, którzy do dziś go pamiętają. Pani Emilia takiego zdjęcia nie ma. Nasza wycieczka, poprzez obecność tych starszych, sympatycznych ludzi związanych z tą ziemią, jest czymś szczególnym, czymś, co nie każdemu może się przydarzyć. Mamy okazje uczestniczyć w wydarzeniach i spotkaniach niecodziennych. To przecież graniczy z cudem, że na polskim cmentarzu stara kobieta rozpoznaje w panu Bogdanie czteroletniego Bogusia. To ich sąsiadka. Druga połowa wycieczki to nasi uczniowie i my — nauczyciele. Jedziemy na uroczystość nadania Szkole Podstawowej nr 2 w Krzemieńcu imienia Juliusza Słowackiego. Wieziemy podarunki: książki w języku polskim, zeszyty, pisaki, papier toaletowy, chusteczki higieniczne… To wszystko, czego na Ukrainie brakuje, a co w szkolnej codzienności może się przydać. Jadą tylko starsi uczniowie z siódmej i ósmej klasy szkoły podstawowej i kilku z pierwszej licealnej. Wyjątek stanowi dziesięcioletnia Ita — jedzie z mamą.

Nasi uczniowie bardzo podobają się starszym uczestnikom wycieczki: noszą im bagaże, pomagają wysiadać z autobusu. Są zaprzeczeniem teorii o rozwydrzonej, współczesnej młodzieży. Może wybraliśmy najlepszych na ten wyjazd ? A może mamy w szkole tylko takich ? To przecież specyficzna szkoła. Przyjeżdżamy do Krzemieńca po dwudziestej trzeciej. Ulice nie oświetlone (oszczędność?), bezludne, telefony nie działają, brak wody. Sytuacja jak za okupacji, a przecież to wolna Ukraina. Będziemy mieli jeszcze wiele okazji, aby przyjrzeć się. tej wolności. Wiadomości, które docierają do nas w różny sposób (chodzimy po ulicach, wchodzimy do sklepów, rozmawiamy z ludźmi) są zaskakujące. W zakładach pracy brakuje pieniędzy na wypłaty. Niektóre zakłady wypłacają pensję „w naturze”. Człowiek, który pracuje w fa bryce gwoździ, otrzymuje sto kilogramów gwoździ na miesiąc, inni wypłatę otrzymują na przykład w żarówkach. Teraz rozumiemy, skąd te niekończące się kolejki samochodów na granicy (prawie wszystkie z ukraińską rejestracją). Ludzie czekają po kilka godzin,a nawet całą dobę. Muszą ten towar przecież sprzedać, aby kupić choćby jedzenie. Stąd, wszystkie polskie bazary przygraniczne zarzucone są takimi towarami. Rozmawiamy z nauczycielami szkoły, która nas gości. Miesięczna pensja nauczyciela z wyższym wykształceniem wynosi około dwóch i pół miliona karbowańców (tj. nie wiele ponad 15 dolarów). Kilogram kiełbasy kosztuje czterysta trzydzieści tysięcy, natomiast butelka wódki sto czterdzieści — niecałego dolara ! Drogie są środki czystości, no i ten brak wody… Toteż w jedynym hotelu w mieście, w którym się zatrzymujemy, jest niewyobrażalny brud ! Dobrze, że mamy swoje śpiwory, które nie wiadomo jak ułożyć na tej szaroburej,wymiętej pościeli, aby powierzchnia styku była jak najmniejsza i aby, nie daj Boże, nie dotknąć jej ciałem. Ręce myjemy wodą mineralną przywiezioną z Polski (jeden bagażnik autobusu jest nią wyładowany) i wycieramy jednorazowymi ręcznikami.Może jutro będzie woda w kranie?Stan absolutnej klęski przedstawiają hotelowe toalety. Nie wiadomo czy wejść, czy lepiej jednak nie wchodzić ? Mała Ita chodzi tam z mamą „żeby dziecko nie pośliznęło się i nie upadło”. Teraz już wiemy, dlaczego na Ukrainie co jakiś czas wy bucha epidemia tyfusu czy cholery. Niektórzy z nas dostali kwatery prywatne i tam zdecydowanie jest czyściej, choć sanitariaty wszędzie są skanda- liczne !

Ranek wita nas piękną pogodą. Wśród wzgórz wąski stosunkowo jar rzeki Irwy, w którym rozbudował się Krzemieniec, tonie w słońcu. Soczysta majowa zieleń i bzy… Utopione w zieleni i fiolecie stare domy, cerkiew,ruiny zamku, dworek Słowackiego (obecnie biblioteka). Wchodzimy na Wzgórze Bony i oglądamy piękną panoramę miasta, w centrum której zwraca uwagę dostojne Liceum Krzemienieckie. Wiąże się ono z nazwiskami Tadeusza Czackiego i księdza Hugona Kołłątaja, organizatorów życia polskiego na Wołyniu, Podolu i Ukrainie. Mocno już bolą nas nogi, ale idziemy jeszcze na cmentarz tunicki, na grób matki Słowackiego. Na cmentarzu, niedaleko wejścia, po lewej stronie stoi obelisk z jasnego piaskowca z wyrytymi nazwiskami dziadków Słowackiego, wujostwa i rodzeństwa. Jest również nazwisko jego matki: „Salomea z Januszewskich — Becu, wdowa po Euzebiuszu Słowackim, matka Juliusza Słowackiego, żyła 65 lat, umarła w lipcu 1855 roku”. Duży płaczący jesion rozkłada szeroko swoje gałęzie, ocieniając grób. W szkole witają nas chlebem i solą, przed szkołą zgromadzeni wszyscy uczniowie, nauczyciele, dyrekcja (mieszanka ukraińsko-rosyjsko-polska). Nadania imienia szkole nie będzie ! Władze ukraińskie nie wyraziły ostatecznej zgody na Słowackiego. Jest to prawdopodobnie efektem nie wyrażenia zgody przez nasze krakowskie władze na nazwanie jednej z ulic miasta imieniem Tarasa Szewczenki. Impreza artystyczna przygotowywana przez wiele miesięcy przez dzieci i nauczycieli specjalnie na tę okazję jednak się odbywa. Przyjmowani jesteśmy gorąco i serdecznie. I nie jest to serdeczność udawana ! Żywią nas w tej szkole dobrze (choć jedzenie nie jest wyszukane) i bardzo starają się jak najlepiej wypaść w naszych oczach.Wieczorem spotykamy się z nauczycielami i dyrekcją przy gościnnym stole zastawionym omaszczonymi ziemniakami, kaszą gryczaną i sznyclami z obiadu (młodzież w tym czasie ma dyskotekę). Jest trochę alkoholu, pijemy więc za Ukrainę i Polskę. Wzięłam ze sobą gitarę. Śpiewam więc z nimi po ukraińsku „Czeremszynę” i uczę ukraińskich nauczycieli zabawnej piosenki po rosyjsku.

Z Krzemieńca robimy mały wypad, aby zobaczyć Poczajów, jedną z czterech ławr na terenie Rosji. Oglądamy przepiękny kompleks cerkwi naziemnych i podziemnych, mieszamy się z tłumem i uczestniczymy w służbie *. Zapalamy długie, wąskie, cerkiewne świeczki. Wszyscy ci otaczający nas ciasno ludzie skądś przybyli, przynieśli nadzieję spełnienia czegoś dla nich ważnego. Jedna z kobiet (bardzo szczupła młoda brunetka) do tej prawosławnej Mekki szła sama pieszo z Moskwy cztery miesiące. Jej intencja wymagała widać aż takiego poświęcenia, ale jej nadzieja i wiara w spełnienie, również musiała być ogromna. Cały ten zabytkowy kompleks utrzymany w idealnym stanie przetrwał długie lata komunizmu i ateizacji. Nie przetrwały niestety katolickie kościoły, choć też były piękne i stare. Obraz największej destrukcji, jaki kiedykolwiek widziałam w życiu, przedstawiał kościół Bernardynów w Zbarażu. Tym większe robił wrażenie, że z zewnątrz wyglądał zwyczajnie. Wewnątrz: pourywane głowy posągów, ręce, nogi, zdrapane złoto ze ścian, ram obrazów i kolumn, zdarte freski… Przez wiele lat w kościele był skład materiałów chemicznych. Ponieważ strop był dziurawy, lało się do środka. Powstała z wody i chemikaliów substancja zupełnie rozpuściła piękną, mozaikową, kamienną posadzkę. Stoimy przerażeni. Po chwili zbiega do nas z rusztowania ksiądz proboszcz, Polak, żeby się z nami przywitać. — Witajcie ! Ja naprawdę jestem bernardynem, poczekajcie, do zdjęcia ubiorę się w habit. Wielokrotnie przeprasza nas za strój, ale na co dzień nie wygodnie mu w habicie. Pracuje na równi z robotnikami, którym niestety musi płacić w dolarach. Inaczej by nie pracowali. Mówi, że próby odbudowy tego zabytkowego kościoła podjęli się Polacy, bez żadnych dotacji ze strony władz ukraińskich, że im ciężko…Ktoś z uczestników wycieczki wyciąga z kieszeni płócienną czapkę z daszkiem i za plecami proboszcza wrzucamy do niej dolary. Po chwili czapka jest pełna. Wręczamy pieniądze księdzu — jest bardzo wzruszony. Dziękuje, obiecuje modlić się za nas. Pokaże nam jeszcze podziemia kościoła, ale uprzedza, że to widok dla ludzi o mocnych nerwach. Okoliczni mieszkańcy wiedzą, że podziemia tego kościoła były miejscem kaźni dla „niepokornych”, których NKWD-owcy sprowadzali w dół i tam likwidowali strzałem z pistoletu w tył głowy. Nie sprzątali nawet zwłok ! Schodzimy po mrocznych schodach. Lochy stare, wilgotne, półokrągłe sklepienia. Wstrzymujemy oddech. W jednym z lochów napotykamy kopczyk ułożony z ludzkich kości i czaszek, obok dwie, zbite naprędce z surowego drewna, trumny. Proboszcz zamierza tych ludzi w końcu pochować. Cicho odmawiam „Wieczny odpoczynek” i szybko wychodzę na górę. Gospodyni księdza nie może się go nachwalić, wikarego też: "jacy to dobrzy ludzie, w takich okropnych warunkach mieszkają i tak ciężko pracują." Ona teraz chodzi tu do kościoła, choć sąsiadki mają jej to za złe. Najbardziej rozżalony jest jej mąż. Razem przez ponad trzydzieści lat chodzili do cerkwi, a teraz on musi chodzić tam sam. Ale przecież ją w tym kościele chrzcili i jak ten kościół teraz jest znów otwarty, to ona nie może tu nie przychodzić. Męża już nie przekona: za stary, a poza tym Ukrainiec,a ona Polka. Dzieci się tylko z nich śmieją, bo nie chodzą ani tu, ani tam. Ale wnuki czasem z babcią do kościoła idą. Nawet lubią, ksiądz pogłaszcze, powie dobre słowo, da cukierka. Opuszczamy kościół i udajemy się na zamek w Zbarażu. Piękna, dobrze utrzymana brama wjazdowa, mury obronne. Sam zamek nieduży,odremontowany,częściowo stanowi muzeum, W centralnej części zaadaptowany jest na kino. Bardzo to psuje obraz obiektu. W obszernym hallu stoją trzy popiersia:Krywonosa, Bohuna i Chmielnickiego (I znowu powiało „Trylogią”). Wieczorem przyjeżdżamy do Mikuliniec (piękny pałac Ludwiki Potockiej) i kwaterujemy się na dalsze trzy dni w dużym kompleksie sanatoryjnym dla dzieci. Pokoje trzyosobowe, z łazienka ! Wprawdzie trochę zdewastowaną, ale za to stale jest ciepła woda. Woda jest również w toaletach. Ale frajda ! Stąd będziemy robić wypady do dalszych zamków i twierdz kresowych. W Trembowli oglądamy malownicze, ale niestety już tylko ruiny zamku, za to Kamieniec Podolski pozostawia ogromne wrażenie. Monumentalna katedra św. Piotra i Pawła jest jakby symbolem ścierania się na tych terenach przez wieki różnych kultur, religii i poglądów. Była kościołem katolickim, cerkwią prawosławną, a nawet mahometańskim meczetem.W jej architekturze pozostawiło to trwałe, zaskakujące nas ślady.Do pięknej bryły kościoła dobudowany jest bardzo wysoki minaret, na szczycie którego stoi 4,5-metrowy posąg Matki Boskiej. Wchodzimy do wnętrza i z lewej strony czytamy napis, że jedynym, prawdziwym bogiem jest Allah. Oczywiście wchodzimy na minaret. Wąska spirala kamiennych schodów, ciemno. Jesteśmy na ciasnym ganeczku wieży. Pogoda strasznie się popsuła, pada rzęsisty deszcz. Poprzez strugi deszczu w oddali widać jak na dłoni twierdzę, długi bardzo most nad Smotryczem, mury obronne, baszty, dalej Dzikie Pola. W którejś z tych baszt wysadził się w powietrze Jerzy Michał Wołodyjowski. W katedrze czytamy jeszcze jeden napis umieszczony na specjalnie wmurowanej marmurowej tablicy: „Pamięci katolików, którzy wierze swojej dali świadectwo, których imiona starto i wdeptano w ziemię, którzy konania bestii widzieć nie zdążyli. AD 1990”. Stoimy w ciszy. Myślę o zawieruchach, które przewaliły się nad tą ziemią, i o tym, ile krzywdy może zrobić człowiekowi człowiek, o nietolerancji, agresji i strachu. Czy kiedyś w ogóle potrafimy zbudować tę wspólną, pokojową, tolerancyjną Europę, w której każdy człowiek, nawet ten trochę inny, będzie się czuł bezpiecznie ? Podjeżdżamy pod twierdzę. Leje równo ! Przechodzimy przez bardzo długi most przerzucony nad głębokim jarem, w którym pieni się Smotrycz,i wchodzimy przez główną bramę do środka. Wyraźnie jestem podniecona. Mam takie wrażenie, jakbym przeżywała jakiś stopień wtajemniczenia lub jakby miano mnie przyjąć do ważnego klanu. Wszyscy chyba czujemy się podobnie. Wewnątrz twierdzy prostokątny, porośnięty niską, zieloną trawą dziedziniec,wokół kamienne mury obronne, baszty… Rozglądamy się wokół siebie. Która to baszta ? Jest ! Wyróżnia się ! Jest inna, nie ma kopuły. Wszystkie pozostałe baszty je mają. Podchodzimy bliżej. Jest napis po polsku: „baszta Wołodyjowskiego”. Oj, panie Michale, jeśli duch Twój krąży gdzieś nad tym zamkiem, to widzisz, jacy jesteśmy wzruszeni. W twierdzy jest obecnie muzeum regionalne, zwiedzamy je, potem robimy trochę zdjęć na pamiątkę i oglądając się wciąż za siebie, wracamy do autobusu. Z zaplanowanych do zwiedzenia zamków zostaje nam jeszcze Chocim. Jechać ? Nie jechać ? Leje jak z cebra ! Po szy bach autobusu płyną strugi wody. Ale przecież jesteśmy tak blisko, nie możemy go nie zobaczyć ! Pod twierdzę nie da się podjechać, trzeba podejść. Kiedy autobus się zatrzymuje, wysiada tylko kilka osób. Ściana deszczu ! Wiatr wyłamuje mi parasol, słychać jeden grzmot, potem drugi…Zrywa się burza. Dosłownie po kilku sekundach jesteśmy tak przemoczeni,że jest nam już wszystko jedno. W butach chlupie mi woda, włosy mam jak spod prysznica. Idziemy zieloną, gąbczastą murawą w dół, w dół… widać cerkiew ( niebieskie jak niebo kopuły), pasą się konie. W odległości może pół kilometra majaczy twierdza w ciepłym zagłębieniu terenu. Wokół pusto. Biegniemy,choć ślisko i strasznie mokro. Dobiegamy do mostu i przechodzimy nim do wnętrza. Deszcz trochę ustaje. W twierdzy nie ma żywego ducha, jesteśmy sami. Wchodzimy do piwnic, na krużganki, do komnat. Wszędzie prowadzone są na dużą skale roboty remontowo-budowlane. Bogu dzięki, zamek ma szansę przetrwać ! Wychylam się przez otwór strzelniczy w murze i widzę u podnóża muru wodę, rzekę obmywającą twierdzę od drugiej strony — to Dniestr. Mam nieprzepartą chęć zejść nad wodę i zanurzyć w nim stopy, pobrodzić trochę, poczuć jego chłodną miękkość ! Burza jednak wzmaga się, wołają mnie, żeby wracać. Pospiesznie robię kilka zdjęć, mimo iż obiektyw aparatu moknie. Wracamy do autobusu i wracamy do Mikuliniec na ostatni już nocleg.

No i jedziemy znowu w kierunku granicy, tylko od drugiej strony. Opuszczamy Podole… Wołyń… Zostawiamy za sobą warowne zamki kresowe, które broniły kiedyś Rzeczypospolitej, Krzemieniec z grobem Salomei i sercem wieszcza, groby rodaków na cmentarzu polskim, kościół w Zbarażu, Poczajów. Wrażenia, które stąd wywozimy, muszą okrzepnąć, jakoś się uleżeć. Wiele spraw wymaga przemyślenia, zrozumienia. Zawsze dla tych ziem zachowamy ogromny sentyment, ale to nie są już nasze ziemie. (Dla Kresowiaków chyba jednak nadal są !) Myślę, że Niemcy odwiedzający dziś Śląsk Opolski czy inne regiony naszych Ziem Zachodnich czują i myślą podobnie jak oni. A może za parę lat nie będzie to już miało żadnego znaczenia, bo wszyscy będziemy obywatelami Europy ? A może… Trudno znaleźć odpowiedzi na wszystkie kłębiące się pytania. Trzeba tę sześciodniową lekcję historii przemyśleć jeszcze raz już po powrocie do Polski.

(maj 1995)