Poezja Poezja Śpiewana Proza Recenzje O mnie News Ksiega Gości Polecam

Początek drogi...

Proza » Początek drogi...

Dziś znowu jak co dzień z głębokiego snu budzi mnie cieniutki, dziecięcy głosik: „Mama..mama..oć !" Jeszcze nie bardzo dociera do mnie , że to już szósta rano i że trzeba wstawać. Maluch właściwie zastępuje mi budzik. Na bosaka, jeszcze z zamkniętymi oczami biegnę do dziecięcego pokoju. Spoza szczebelków łóżeczka widać burzę jasnych włosków, różowy , uśmiechnięty pyś i duże niebieskie oczy.

„Tam... tam..."- wyciągniętym w kierunku drzwi palcem mój syn stara się dać mi do zrozumienia, że nie chce już spać i ma ochotę wyjść ze swojego pokoju. Mam niewiele czasu. Biorę go na ręce, przez chwilę przytulam do siebie, całuję, a potem jak co dzień, niezmiennie od blisko dwóch lat powtarzają się te same czynności. Sadzam Małego na nocniczek z myszką Miki , którą on mocno trzyma za wielkie uszy, a ja tymczasem przygotowuję mu grysik. Gdy grysik stygnie ubieram mu pantofelki i razem pakujemy do dużej siatki kilka par rajtek, koszulki, kaftaniki, buciki i inne drobiazgi potrzebne dziecku na długie godziny, kiedy ja będę w pracy.

Przedtem, gdy miał cztery... pięć miesięcy siatka wypchana była jeszcze górą pieluch, żeby starczyło do czasu , kiedy odbiorę go od babci.

Patrzę na termometr, za oknem jest minus 10 stopni, dużo śniegu . Nie weźmiemy wózka, bo trudno go będzie pchać. / Ileż to razy dobrzy ludzie pomagali mi wnieść wózek do tramwaju. Ale ile razy nie było chętnych... nie było miejsca... i tramwaj odjechał, a ja ledwie pchałam ten wózek po śniegu przez most na Wiśle od której wiało lodowatym wiatrem. Nie ten wiatr był jednak przyczyną moich łez na policzkach. /

Daję Małemu śniadanie, potem myję mu buzię, rączki, szybko robię makijaż, ubieram się, zakładam dziecku czapkę , kurtkę, zimowe buty, biorę drugą siatkę na zakupy i budzę Juliana – wychodzi do pracy później niż ja . Otwieram drzwi – wychodzimy.

No tak, jak zwykle mamy pecha – z daleka widać, że uciekł nam tramwaj! Na następny trzeba będzie czekać kilkanaście minut. Jest piętnaście po siódmej. To w sam raz, żeby zdążyć, tylko , żeby nie ten tramwaj... A może lepiej, że odszedł wcześniej ? Ominął mnie dość częsty poranny bieg maratoński z dzieckiem na ręku, siatką i torbą na dodatek. Może podejść do przystanku autobusowego ? Biorę Małego za rączkę i brniemy po śniegu w kierunku tego przystanku.

Mały i tak świetnie sobie radzi z chodzeniem, przecież dopiero za trzy miesiące skończy dwa latka. Po drodze mija nas następny tramwaj !

Na przystanku autobusowym mnóstwo ludzi. Autobus przyjezdża pękaty do granic możliwości !

„Gdzie się pani pcha do cholery z tym bachorem o tej porze!" Boże, gdybym nie musiała, to na pewno siedzielibyśmy jeszcze w domu, a Mały jak większość dzieci w jego wieku o tej porze by spał. Łzy napływają mi do oczu i gdzieś wewnątrz mnie zaczyna rosnąć bunt. Jak to jest ? Przecież obydwoje z Julianem zrobiliśmy wszystko, żeby w życiu było nam dobrze. Skończyliśmy studia, pracujemy solidnie i uczciwie. Mamy spore ambicje zawodowe... Dlaczego mężczyzna, pięć lat po studiach nie jest w stanie ze swojej pensji utrzymać żony i dziecka, ? Choć przez trzy lata, kiedy dzieciak jest jeszcze taki wątły... mały i bardzo potrzebuje troski, ciepła, domu i mamy.

Autobus niemożliwie trzęsie, a na zakrętach w ogóle nie można ustać na nogach! Jest gdzieś /chyba z przodu? /, miejsce dla osób z dzieckiem na ręku, ale trudno było by mi tam się dopchać. Właściwie dlaczego nie odwozi Małego Julian? Mówi, że „nie ma po drodze". Fakt, że nie ma. Pracuje zupełnie w innym kierunku niż mieszka moja mama, ale gdyby wstawał wtedy co ja, to z powodzeniem odwiózłby syna do babci i spokojnie, bez pośpiechu zdążył do pracy. Ale mnie chyba jest łatwiej wstawać? Mężczyźni, tak twardo śpią... Dla Juliana szósta rano, to środek nocy ! Śpi spokojnym, głębokim snem, jest taki ciepły, gładki i żywy. Lubię obudzić się wcześniej i mieć trochę czasu , żeby wtulić się w niego jak śpi i choć na parę minut zapomnieć o świecie. To cudowne, że po kilku już latach bycia razem jest dla mnie tak samo bliski i kochany jak kiedyś. Przecież tak samo jak kiedyś tracę oddech, jak przygarnia mnie do siebie i czuję wzdłuż siebie jego gładką skórę. Mało ! Czuję to, co pod skórą, każdy mięsień, serce, całe jego wnętrze. Wszystko, co należy tylko do mnie. Czuję całego Juliana! I wtedy jest nieważna codzienna droga do pracy, śnieg, brak pieniedzy i ciasne mieszkanie na parterze ze "ślepą kuchnią".

Lubię też, gdy obudzę się wcześniej, patrzeć na niego jak śpi wyciągnięty na brzuchu jak kilkunastoletni chłopak, szczupły, prześlicznie nagi.

Bardzo chciałabym umieć malować, po to by namalować jeden w życiu obraz - "Śpiącego Juliana". Kiedyś zrobiłam mu takie zdjęcie - nie "wyszło".

Czy Julian mnie kocha ? Był we mnie bardzo zakochany, ale czy kochał ? Bywało różnie. Czasami u szczytu szczęścia było w nas coś tak dużego, że omal nie mogło się w nas zmieścić ! A potem gdzieś to niknęło, którędyś wyciekało i wydawało się, że nie ma już nic! Tak działo się zawsze, gdy zaczynały się kłopoty, kiedy waliło się na nas szare, zwyczajne życie: choroby dziecka, nieprzespane noce, moje zwolnienia lekarskie, nawał pracy w biurze Juliana i jego częste wyjazdy zagraniczne, kiedy ja nie mogłam sobie poradzić z chorym dzieciakiem, domem, praniem, gotowaniem, zastrzykami, wizytami u lekarza i grożącą Małemu astmą.

Julian już dwukrotnie się od nas wyprowadzał. Jest psychicznie mniej wytrzymały niż ja i na moje nieszczęście dość chwiejny w uczuciach.

Szybko się gubi i nie bardzo potrafi sam się odnaleźć. Ale przecież wracał. Widocznie byłam mu potrzebna. Wierzyłam, że wróci ! Ja po prostu przyjęłam w życiu pewne wartości za stałe - mój związek z Julianem też. Wracaliśmy do siebie jakoś instyktownie, jak niewidomi, po omacku...Czułam, że on znowu jest, że jest "mimo wszystko" i to "wszystko" przestawało się liczyć.

Kiedyś, po takim powrocie zaczął powoli pojawiać się w naszym życiu nasz syn. Czułam go coraz wyraźniej, jak wiercił się i kopał wewnątrz mnie. Czułam go i bałam się... Jak zniesie dziecko Julian? Do tylu codziennych kłopotów dojdą przecież nowe: pieluszki, papki, soczki, płacz niemowlęcia, zupełny już brak czasu dla siebie

i zwyczajny, niekończący się kołowrotek. Już wtedy postanowiłam , że większość kłopotów związanych z dzieckiem wezmę poprostu na siebie. Chyba nie zdawałam sobie sprawy jak to ciężko i nie zawsze potrafiłam znosić to bez słowa.

Zwolniło się miejsce w tramwaju - usiadłam, przytuliłam dziecko do siebie - może jeszcze odrobinę pośpi.

Okres ciąży przeżyłam nienajlepiej. Wtedy, kiedy jak każda kobieta najbardziej potrzebowałam wsparcia, musiałam godzić się z tym, że w większości zostawałam w domu sama. Nawet na długie trzy tygodnie, które Julian spędził w Jugosławi.

Ciąża od początku była zagrożona. Urodziłam wcześniaka. Gwałt, pośpiech, pogotowie i mój ogromny strach, czy dziecko bedzie żyło. Przecież jeszcze przez półtora miesiąca powinno żyć wewnątrz mnie! Julian przeżył ten poród bardzo. Stał pod szpitalem i co kilka minut dzwonił, aż w końcu ze łzami w oczach odebrał telefon : "Tak proszę pana - syn !" Obsypał mnie kwiatami, przywiózł nas do domu i całymi godzinami potrafił wpatrywać się w niemowlaka, starając się pojąć "skąd się wziął?" Był bardzo podobny do niego. Wtedy wydawało mi się, że po raz pierwszy stanęłam na twardym gruncie - jesteśmy rodziną, będzie dobrze! Wmieszaliśmy w nasze sprawy nowego człowieka, któremu trzeba będzie zapewnić dużo miłości i prawdziwy dom, w którym bedzie mógł spokojnie rosnąć i dojrzewać.

Ale Mały źle się chował. Do roku przeszedł cztery zapalenia płuc. Wszystko mogłam wytrzymać, tylko nie to ! Noce, w czasie których nerwowo liczyłam jego oddechy, napady duszności, kiedy budziłam Juliana, bo wydawało mi się że dziecko się udusi, szpital pod którym stałam godzinami, patrząc przez oszkloną ścianę na moje dziecko, które poci się, płacze i rączkami na ślepo szuka pomocy. Boże, żeby tylko przeżył !

Wtedy najtrudniej było mi zrozumieć późne powroty Juliana do domu i jego zagraniczne wyjazdy. Nie witałam go radośnie jak wracał, choć pewnie tego oczekiwał... I znowu zaczęło coś się psuć między nami. Kiedyś bardzo lubiłam się uśmiechać, na studiach byłam najweselszą dziewczyną na roku. Teraz nie miałam na to sił !

Zbliżamy się do przystanku na którym muszę z Małym wysiąść. Biorę dziecko na ręcę, pękatą torbę i torebkę przerzucam przez ramię, przepycham się przez tłum tych co jadą dalej i wysiadamy. " Baba tam..." - mój syn chce mi powiedzieć, że wie gdzie babcia mieszka. Mała rączka bezbłędnie pokazuje właściwy kierunek. Może adresu jeszcze nie zna, ale świetnie rozpoznaje jej dom.

Muszę przyspieszyć kroku, jest za piętnaście ósma. Punktualnie o ósmej, równo z dzwonkiem stanę jak co dzień przed trzydziestką cudzych dzieci, z dziennikiem w ręku uśmiechnięta...

_______________________________

Post Scriptum :

Nasz syn ma dzisiaj metr osiemdziesiąt sześć, czterdziesty szósty numer butów i brodę... A my z Julianem wciąż jesteśmy razem.