Poezja Poezja Śpiewana Proza Recenzje O mnie News Ksiega Gości Polecam

Olsen

Proza » Olsen

EPITAFIUM DLA OLSENA 

/ czyli moja sześcioletnia przyjaźń z kotem /.

Leżał wyciągnięty, miękki i ciepły na stosie pościeli i koców, które wietrzyły się na słońcu przed Kuźnią. Lubieżnie mrużył oczy, gdy głaskałam jego jedwabistą sierść, a pazury przednich łap wbijał w poduszkę. Mruczał... okazując w ten sposób szczyt kociego zadowolenia, lenistwa i obojętności dla świata. Patrząc na tego kota byłam skłonna uwierzyć w reinkarnację. Ciekawe kim mógł być w poprzednim wcieleniu ? To musiał być ktoś wyjątkowy. Może hinduski maharadża? Miał wspaniały pałac i harem, i stąd to władcze spojrzenie jego zielono - kocich oczu. A może był tygrysem bengalskim czy pumą? Jest wyjątkowo duży, ma wspaniały, niemal kwadratowy łeb i jest bardzo łowny. Codziennie przecież układa u moich stóp myszy, ryjówki i krety. Czasem ptaszki, których nie mogę mu darować.Okazuję wtedy moje "święte oburzenie".On patrzy mi przepraszająco w oczy   /jak człowiek /, czując swoją winę nie do końca. Wśród ludzi są jednostki wybitne, wśród zwierząt też. I on był taką wybitną jednostką! Miał na pewno rozum pod swoją kocią czaszką i czujące kocie serce. Tylko mówić nie umiał, ale wydawało się, że lada moment zacznie!
Przyjeżdżałam tu tylko na weekendy, od wiosny do jesieni i na jeden miesiąc wakacji. Kuźnia mimo rozlicznych zabiegów adaptacyjnych nie nadawała się do mieszkania w chłodniejszej porze roku . Zjawiał się natychmiast po naszym przybyciu i nie opuszczał aż do wyjazdu. W lipcu spał mi "w nogach'' przez całe trzydzieści jeden dni! Teraz to największy kot w okolicy! Jak koci gladiator staje na tylnich łapach, prychając na ewentualnych konkurentów do miski.
Ma już sześć lat i jest najstarszym kotem w okolicy.  Koty wiejskie nie żyją długo! A jaki był mały na początku. Wyglądał jak nastroszona, futrzana rękawiczka. Ale już wtedy zaskakiwał sprytem       i nieprzeciętną kocią inteligencją.
Pamiętam, było piękne, sobotnie przedpołudnie. Przyjechaliśmy z koszykiem pełnym wiktuałów  jak turyści z kreskówki o Misiu Yogi. Zostawaliśmy tu na cały weekend.
Górę jedzenia wieńczyły trzy ogromne, usmażone kotlety. Każdy owinięty był w aluminiową folię, a wszystkie umieszczone w przeźroczystym woreczku, mocno zaciśniętym gumką. Koszyk był duży i ciężki. Ustawiłam go w rogu Kuźni na podłodze. Potem wszyscy rozeszli się do swoich zajęć.
Mąż chodził po sadzie i z lubością przyglądał się jak rosną drzewka owocowe, a trzynastoletni Piotrek przepadł gdzieś u sąsiadów, szukając towarzystwa rówieśników.
Plewiłam grządkę, która wyglądem przypominała raczej busz afrykański. Gdzie do cholery podziała się ta marchewka? Przecież sama osobiście ją tu wysiałam ! Po wyskubaniu do gołej ziemi sporej powierzchni, zauważyłam wątły, rachityczny, zielony rządek, który jakby wstydził się teraz swojej nagości. Ależ to robota!
Słońce przygrzewało coraz mocniej. Nie mam cierpliwości! A w ogóle czy to warto? Kucam w tych grządkach już chyba ze dwie godziny. Za godzinę w pracy dostaję około dwudziestu złotych, to razy dwie godziny byłoby czterdzieści. W kiosku na osiedlu kilogram marchwi kosztuje złotówkę,         to byłoby czterdzieści kilogramów! Przyglądałam się sceptycznie zielonym natkom, które teraz delikatnie przewietrzał wiatr. Ile marchewki wyrośnie z tego kawałka? Straciłam jakoś chęć do pracy. Chyba pójdę do Kuźni i zrobię sobie kawę.

Stałam cicho na progu patrząc na przewrócony koszyk. A gdzie kotlety? Woreczek z dwoma kotletami leżał w niewielkiej odległości od koszyka, dalej leżała pusta aluminiowa folia, jak skorupa rozbitego jajka. Na prawo od niej mały, śliczny kotek / jak z bajek na "Dobranoc" /,  męczył się z połową potężnego kotleta. Zdecydowanie był dla niego za duży! Spostrzegł mnie          i natychmiast smyrnął pod szafę. Postawiłam przewrócony koszyk, zebrałam rozrzucone produkty, podniosłam nadjedzoną połowę kotleta. Noo...jak na takiego małego kota to spisał się nieźle. Musiał przecież ten koszyk przewrócić, / a biorąc pod uwagę małą wagę zwierzęcia nie było to łatwe/, dostać się do środka, "zdjąć" folię... Nie...no... należy mu się ta druga połowa w nagrodę. Kucnęłam, wyciągnęłam rękę z kotletem w kierunku szafy i zawołałam: "kici, kici''.           Ostrożnie wysunął głowę. W przekornych kocich oczach odbijał się absolutny brak decyzji, zawieszonej jakby na ostrzu: "Iść do przodu, czy może cofnąć się w kryjówkę?''
Położyłam kotlet na progu, jak najdalej od szafy, usiadłam przed wejściem na trawie i czekałam. Posuwał się bardzo powoli na zgiętych łapkach, ocierając brzuszkiem o podłogę, patrząc na przemian raz na mnie, raz na kotlet. Ostatniego pół metra jednak nie wytrzymał, "zdjął" ze mnie wzrok i...rzucił się na mięsko. Jadł łapczywie, ale nie przestawał być czujny, co chwilę z ukosa na mnie zerkał. Starałam się nie wykonywać żadnych ruchów. Myślałam tylko, czy ten kotlet mu nie zaszkodzi? Może to za dużo mięsa na jeden raz dla takiego kota, co z powodzeniem zmieściłby się na mojej dłoni.
- Mama, czy mogę jechać z panem Zenkiem na pole? - do Kuźni wpadł rozwiany i w wiecznym pośpiechu Piotrek. Kot smyrnął mu pod nogami i przepadł.
- Wystraszyłeś mi kota!
- To znajdziesz sobie innego. No, mogę?
Kot pojawił się rano, gdy jedliśmy śniadanie. Tym razem bez specjalnych obaw wszedł do Kuźni. Łaził pod stołem i ocierał się ciepło o nasze nogi. Zachowywał się zupełnie inaczej niż wczoraj. Nic dziwnego, nie miał przecież dziś nic na sumieniu. Wyjęłam z szafki małą, porcelanową miseczkę i nalałam mu mleka. Wypił, ale łasić się nie przestawał. Chodziło widać o coś więcej.   Na stole poukładana na kanapkach pachniała kiełbaska, a kocie nozdrza są wyjątkowo czułe na ten zapach. Pierwszy skapitulował Piotrek, zdjął kawałek kiełbasy ze swojej kanapki i rzucił pod stół. Kot błyskawicznie ją złapał. Potem plasterek rzuciłam ja, potem mąż, potem znowu ja, potem Piotrek...Kot biegał od jednych nóg do drugich i łowił. Pomyślałam, że jak tak dalej pójdzie,          to pęknie z przejedzenia i zarządziłam przerwę w zabawie. Kociak odczekał chwilę, a następnie wyszedł przed Kuźnię na drewniany podest i wyłożył się do słońca. Po jakimś czasie gdzieś przepadł.

Był taki wieczór, kiedy kot dostał imię. To znaczy imię on już miał, podobno Mruczek, czy coś      w tym rodzaju, / tak przynajmniej wołały na niego dzieci sąsiadów /, ale on miał osobowość i imię zdobył sobie sam.
Była pora kolacji. Na dworze gęstniał mrok, a księżyc jak co wieczór wschodził nad pochyloną strzechą stodoły. Zasunęłam krótkie, wesołe zasłonki w oknach Kuźni i przymknęłam ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi. Moi bliscy siedzieli już wokół stołu. Chleb pokroiłam wcześniej, więc zabrałam się do smarowania go masłem i nakładania plasterków wędliny. Kanapek nie udało mi się jednak ułożyć na półmisku, bo znikały natychmiast porwane przez Piotrka lub tego drugiego, podobno dorosłego faceta, który nazywał siebie moim mężem.
Kot plątał się pod nogami i niecierpliwie miauczał, przypominając o swojej obecności. Bałam się żeby go nie rozdeptać, był taki malutki ! W końcu wyskoczył na taboret stojący przy stole z mojej prawej strony i usiłował zajrzeć na stół. Trącał mnie przy tym głową, potem łapą i za każdym razem patrzył w oczy, miaucząc żałośnie jakby mówił: „Sami jecie, a mnie nie dacie? Jestem tu!”
Dreptał w kółko nie mogąc wejść wyżej. W końcu zniecierpliwiony mąż, wziął go za skórę, wyniósł przed Kuźnię i przymknął drzwi. Ale została między niedomkniętymi drzwiami wąska szpara. Robiąc kanapki zerkałam w nią, bo żal mi było kota. Nagle na dole drzwi, które dochodziły do   drugiego skrzydła od zewnątrz, pojawiły się jedna nad drugą dwie białe kocie łapy.  Jakby przylepiły się do tych drzwi od środka . Patrzyłam z ciekawością. Co ten mały koci mózg wymyśli? Przecież nie otworzy? A może? Zawiasy były niedawno oliwione. Szczelina jakby poszerzyła się odrobinę. Musiał oprzeć łebek o skrzydło wewnętrzne, a skrzydło zewnętrzne pchał łapami.
- Patrzcie, patrzcie co on robi!
Drzwi otworzyły się, kot wszedł do środka na wyprężonych łapach, z ogonem sterczącym w górę jak antena i wysoko podniesionym łebkiem. I wtedy Piotrek zawołał:
- Olsen, Olsen włamywacz ! / W telewizji ogladaliśmy taki film "Gang Olsena'' /. I tak już zostało. To nie był Mruczek, to był Olsen!
Im dłużej znałam to zwierzę, tym bardziej dostrzegałam jego nieprzeciętność. Cały tydzień spokojnie mieszkał u swoich gospodarzy, a w sobotę od rana już czekał. Bezbłędnie rozpoznawał warkot naszego "Malucha''. Przeskakiwał wtedy przez siatkę i gnał jakby chodziło o życie.
Kiedyś, gdy po miesięcznym pobycie w lipcu wyjechałam, zrozpaczony siedział bardzo długo na drewnianym podeście przed Kuźnią i płakał jak dziecko. Cieszyć się umiał, też jak istota rozumna. Wielokrotnie myślałam, aby zabrać go do Krakowa, żeby już zawsze był z nami. Ale on był tu wolny! Wyprawiał się na polowania daleko w pola. Widziałam kiedyś jak czołgał się wśród traw, wciągając wiatr w nozdrza. Czy mogłam go uwięzić i ograniczyć mu przestrzeń? Lepiej zostawić wszystko jak jest.
Z latami moja więź z tym kotem przerodziła się w autentyczne uczucie. Ja za nim tęskniłam jak    za człowiekiem! Wydawało mi się też, że on telepatycznie odbiera moje myśli. A jak inaczej wytłumaczyć to, że przychodził wtedy, gdy tego chciałam? Kiedyś bardzo bolała mnie głowa. Leżałam na tapczanie i nie mogłam nią poruszyć. Pomyślałam: Czy nikt tu do mnie nie przyjdzie, nawet kot ? Wsunął się delikatnie pod moje lewe ramię, wtulił nos w rękaw podkoszulka i został tak, dopóki  go nie wyprosiłam.
A kiedyś w sadzie? Cały dzień zbierałam wiśnie, byłam głodna i zmęczona.
 - Gdzie jest kot?  - pomyślałam. Przybiegł, położył się na moich stopach na grzbiecie, łapami do góry i czekał na pieszczoty. Coraz mocniej protestował też przeciw naszym stąd wyjazdom.        Raz omal nie doszło do tragedii. Pakowaliśmy się, a on gdzieś się zapodział.
- Wyjedziemy niezauważeni - pomyślałam. - To i dobrze.
"Maluch" ruszył i nagle ni stąd ni z owąd wypadł kot i rzucił się pod przednie koła samochodu.  Mąż ledwo zdążył zahamować. Co robić ? To zwierzę bardzo chce być z nami!

Był taki czas, że załamało się moje zdrowie. Choroba przyszła jak zwykle z nikąd. Usadowiła się głęboko i trzeba było operować. Ze szpitala wyszłam blada, chuda, z zupełnie zdeptaną psychiką. Gdy mogłam już znieść jazdę samochodem, mąż wywiózł mnie na weekend do naszego zabytkowego gospodarstwa. Dojechałam ledwo żywa. Wyszłam z samochodu i rozglądałam się     za kotem. Zawsze już był, nim zdążyłam wysiąść: stał na podeście pod drzwiami, dreptał i miauczał niecierpliwie czekając na otwarcie drzwi. Dziś go nie było. Wnieśliśmy bagaże i poszliśmy przywitać się z sąsiadami. To bardzo sympatyczni ludzie .
Na kamiennych schodkach pod drzwiami siedział skulony i jakiś dziwnie brudny, wychudzony kot.
- Olsen, Kiciuś, chodź do mnie.- wyciągnęłam rękę.
- Pani Katarzyno, niech go pani nie dotyka. Chyba pogryzł go szczur i czymś go zaraził.                  W drzwiach  stał pan sąsiad  i zapraszał nas do wnętrza domu.
Patrzyłam na kota. Podniósł się na cztery łapy, wyprężył grzbiet i wtedy zobaczyłam, że jest straszliwie chudy. Z pyszczka ciekła mu ślina, futerko miał potargane, posklejane, miejscami         w ogóle go nie miał. Na wyłysiałych miejscach były ropiejące rany. Miauczał cicho, jakby               z wyrzutem. Tak długo nas tu nie było!
- Olsen, byłam w szpitalu. Też czuję się fatalnie, pewnie nie lepiej niż Ty.
Pomyślałam, że muszę tu przyjechać jak najszybciej, na dłużej, aby się nim zająć . Mam przecież zwolnienie lekarskie, a maj nie jest gorszym miesiącem niż lipiec, aby tu być.
Przyjechałam, na miesiąc. Trudno to nazwać, że kot przyszedł do mnie. Przywlókł się jak stary wiarus po bitwie. Nawet nie próbował wyskoczyć na swoje zwykłe miejsce na tapczanie, zwalił się obok. Coś trzeba było z nim zrobić. Nie może przecież spać ze mną taki brudny i zaropiały.
Pewnie trzeba dać mu jakieś lekarstwo? Antybiotyk? Gdzieś tu miałam amphicylinę. Ale ile ten kot może ważyć? Trzy kilo, a może pięć? Wycisnęłam białą pastylkę i podzieliłam na cztery części. Jedną część rozgniotłam i rozpuściłam w łyżeczce ciepłego mleka. Potem wlałam mu mleko do pyszczka - połknął. Obmyłam rany przegotowaną wodą i nasmarowałam pszczelim kitem. Owinęłam go gazą i położyłam na zrobionym naprędce legowisku.Nie wyrywał się, nie protestował, wszystkie zabiegi znosił cierpliwie. Próbowałam jeszcze przed nocą dać mu ciepłego mleka,        ale nie chciał pić. Nie zjadł nawet surowego mięska, które przecież lubił, ani wędzonej rybki.
Obudziłam się rano pełna niepokoju, czy przeżył noc. Nachyliłam się nad nim - oddychał.         Miał ciepły, suchy nos, chyba miał gorączkę.
Z trudnością wstawałam z tapczanu. Szwy po operacji ciągle jeszcze bolały, choć ogólnie czułam się nieźle. Muszę przemyśleć sprawę leczenia kota. We wsi nie ma weterynarza, a gdyby nawet był, to kotem by się nie zajął. Najważniejsze są przecież krowy, bo dają mleko, konie, bo ciężko pracują na roli, świnie i ewentualnie psy, które trzeba zaszczepić, bo inaczej płaci się karę. Ale kot?         Jak świat światem nikt we wsi nigdy nie leczył kota. Kotów jest zawsze dostatek. Czasem nawet jest ich za dużo i małe kocięta trzeba topić w tajemnicy przed dziećmi. Pan sasiad  powiedział,      że Olsen sam się wyliże, nie proponowałam więc weterynarza w Krakowie.
Byłaby niezręczna sytuacja, przecież to ich kot, nie mój!
Jeżeli wymiotuje i nie chce jeść, to może to była trutka na szczury, którą zjadł przez nieostrożność? Może trzeba mu podać sulfaguanidynę? Podawałam Piotrkowi jak był mały, gdy najadł się czegoś paskudnego. Chwilę pomyślałam i ustaliłam następujące leczenie :
- dwa razy dziennie antybiotyk,
- trzy razy sulfaguanidyna ,
- smarowanie pszczelim kitem na zmianę z ziołami szwedzkimi,
- dobre odżywianie: na początek rosołki z grysikiem, potem kasza z mięskiem, później surowe mięso, ryby i oczywiście mleko.
Przez pięć dni kot walczył o życie, a Kuźnia zamieniła się w koci szpital. Prawie nic nie jadł.  Kiedy na drżących łapach kierował się w stronę drzwi, wiedziałam, że chce wyjść "za potrzebą''. Wynosiłam go wtedy na trawę i po chwili wnosiłam z powrotem. Był wdzięcznym pacjentem: cierpliwy, ufny, mało wymagający. Po kilku dniach systematycznie odkażane i smarowane rany zaczęły się goić i powoli zaczął mu wracać apetyt. Wiedziałam już, że tym razem nam się udało - będzie żył!
Powoli mijały dni mojej i kota rekonwalescencji. Lubiliśmy wygrzewać się w wiosennym słońcu:  ja na leżaku, on rozciągnięty na podeście przed Kuźnią. Dużo czytałam, a kot dużo spał i coraz więcej jadł. Gdy wyjeżdżałam po długim miesiącu, Olsen był duży, mocny i zdrowy! Futro miał gęste i błyszczące, z przyjemnością zanurzałam w nim dłonie.
Ja, opalona, odprężona, pozbierałam się trochę psychicznie i zaczynałam znów dostrzegać jaśniejszą, lepszą stronę życia. Wszystko wróciło do normy: nasze weekendowo - wakacyjne spotkania i...rozstania, jego wyczulony słuch na warkot naszego samochodu i moje oczekiwanie przy otwieraniu drzwi Kuźni na miękki dotyk kociego futra na stopach.
Jeździłam teraz na działkę nie dlatego, że rosły tam wiśnie i można je było zrywać i jeść prosto       z drzewa, nie dlatego, że stara kilkupiętrowa, gruba jak baobab lipa kwitła i pachniała miodem i nie dlatego, że nocą iskry z ogniska wzlatywały w niebo i zamieniały się w gwiazdy, ale dlatego, że tam był Olsen !

Zdechł trzy lata później. Był sam, bo nie było nas  wtedy w gospodarstwie, więc nie mogłam  nic zrobić, nie mogłam mu pomóc!
To było przed Wielkanocą. Przyjechaliśmy obejrzeć nasze włości po zimie. Śniegi już stopniały       i choć drzewa były jeszcze czarne i nagie, w powietrzu pachniało wiosną. Wszystko co żyło dotąd    w uśpieniu, czekało na moment ponownego rozkwitu, nowej eksplozji życia. Niecierpliwość oczekiwania widać było w rozmiękłej ziemi, nabrzmiałych gałęziach i pąkach, migotaniu słońca    w kałużach. Kot był znowu chory. Niedomagał od jakichś dwóch tygodni.  Symptomy i objawy jak poprzednio. Nie wyglądał jednak tak źle. Bardzo chciałam zabrać go do Krakowa, do weterynarza, ale nie mieliśmy w czym go przewieźć. Mąż powiedział, że trzeba pożyczyć taki specjalny koszyk na kota i przyjechać po niego po Świętach. Wiedziałam, że inaczej nie da się go wieść                    w samochodzie. Kiedyś próbowałam. Jak tylko "Maluch'' ruszył, Olsen wyskoczył mi z kolan na głowę!  Upierałam się jednak, żeby spróbować zabrać go od razu, ale wszyscy byli przeciwko mnie.  Przecież to tylko tydzień! Kot zaczeka, nic mu nie będzie. Więc odjechaliśmy, a kot został.
Trzy dni przed Świętami przez całą noc śnił mi się Olsen: ocierał się o moje nogi, głaskałam go trzymając na rękach, przytulał się do mojej twarzy, miauczał... Budziłam się i zasypiałam, a on znów mi się śnił. Sen powracał i kot powracał razem z nim, trochę natrętnie. Obudziłam się rano    z wrażeniem, że z kotem jest źle. Powiedziałam nawet do męża :
- Wiesz, chyba Olsen zdechł.
Zaraz po Wielkanocy pojechaliśmy na wieś, żeby go zabrać. Nie przyszedł pod Kuźnię - już nie żył!   Skończył swoje kocie życie  właśnie trzy dni przed świętami, nad ranem, wtedy gdy "odbierałam" jego rozpaczliwe SOS! Sąsiad zakopał go za Kuźnią. Nigdy sobie nie wybaczę, że nie zabraliśmy go od razu. Może jeszcze miał jakieś szanse przeżycia ? W telewizji "mówili", że koty mogą żyć długo: dziewiętnaście, a nawet dwadzieścia lat. On miał dopiero sześć !
Nasze gospodarstwo już zawsze będzie bez niego puste, a ja oczami wyobraźni będę go widzieć wszędzie. Gdzieś wewnątrz mnie powstaje myśl, że może jednak jest i dla kotów jakieś kocie niebo, w którym Olsen poluje, wygrzewa się na słońcu i już nigdy nie będzie chory. A ja ?              Ja nigdy go nie zapomnę !!