Poezja Poezja Śpiewana Proza Recenzje O mnie News Ksiega Gości Polecam

Bodajbyś... cudze dzieci uczył!

Proza » Bodajbyś... cudze dzieci uczył!


Z cyklu :

Bodajbyś... cudze dzieci uczył !

I. Przemyślenia i rozterki.

Mija ósmy miesiąc jak jestem na emeryturze. Byłam już bardzo zmęczona. Męczyło mnie ranne wstawanie, pośpiech w łazience, zjadanie śniadania „na jednej nodze” i potem ten bieg do autobusu... bo na następny  trzeba będzie czekać  pewnie ze dwadzieścia minut. Osiedle na którym mieszkam, to przysłowiowa „sypialnia” Krakowa. Do Wieliczki mam dwa kilometry, a do Rynku krakowskiego dziesięć ! Gdzie te czasy, kiedy mieszkałam na Mikołajskiej pod trójką,w cieniu mariackiego  kościoła, i nie   musiałam używać zegarka, bo czas odmierzał hejnał  i liczba dźwięcznych uderzeń z mariackiej wieży. Prawie nie korzystałam  wtedy z miejskiej komunikacji, bo wszędzie mogłam dojść na piechotę. Przeszłam też przez prawie wszystkie szczeble polskiej oświaty: uczyłam w podstawówce, w liceum, potem w gimnazjum, które niekoniecznie „szczęśliwie” wymyśliły kolejne władze. Byłam też wicedyrektorem  szkoły społecznej, które to szkoły powołali do istnienia „temperamentni” rodzice uczniów,  na przekór władzy! W międzyczasie pracowałam jako wizytator- metodyk, potem  nauczyciel – metodyk,  bo różnie tę funkcję nazywano w zależności od kolejnych oświatowych reform. Przez ponad dziesięć lat pracowałam z nauczycielami mojego przedmiotu uczących w Krakowie i okolicznych miejscowościach. Niezależnie od tego jaką pełniłam funkcję przez cały czas uczyłam, bo sprawiało mi to ogromną frajdę ! Choć szkoły w których pracowałam na przestrzeni wielu lat zmieniały się, to nie zmieniali się przecież uczniowie. Były to  te same polskie dzieci, czy młodzież - dzieci moich sasiadów, przyjaciół... a przecież wszystkie dzieci są „nasze”.  Byłam już  zmęczona, pracowałam w szkole ponad czterdzieści lat. Boże jak szybko to minęło ! Jakby przekartkować w jakimś kosmicznym  tempie stertę  kalendarzy. Najgorzej było po operacji oka, która nie do końca się udała, utrudniało mi to poprawę prac uczniów. Zawsze ich miałam  sporo, zwłaszcza prac maturzystów - może za dużo? Ale jak dobrze uczyć bez sprawdzania czego się tak naprawdę nauczyło ? A uczeń  też chciałby  wiedzieć co umie, a co musi jeszcze uzupełnić, żeby spokojnie „podejść” do tego podobno najważniejszego egzaminu w jego  życiu. W końcu to egzamin dojrzałości ! Ale żeby młody człowiek osiągnął tę dojrzałość, potrzebny mu jest jednak  nauczyciel. Więc cierpliwie  poprawiałam te prace, pisałam na marginesie uwagi, a  pod tekstem recenzje. Zajmowało mi to często całe weekendy, z czego nie zawsze zadowolony był mój mąż. Byłam już bardzo zmęczona, więc z bólem serca podjęłam męską decyzję: przechodzę na emeryturę! Przez pierwsze miesiące odpoczywałam! Spałam ile chciałam, wstawałam po dziewiątej, a ponieważ domownicy już o tej porze byli w pracy, więc śniadanie zjadałam w łóżku, oglądając jednym okiem głupie seriale, przeglądając kolorowe babskie gazety, na które nigdy wcześniej nie miałam czasu, czytałam... nawet jakieś mądrzejsze książki... Czasem udało mi się „w międzyczasie”  włączyć pralkę, a czasem i nie. Oczywiście robiłam zakupy, żeby  ugotować rodzinie jakiś lepszy obiad, bo przecież przez lata  gotowałam „ w biegu”, a teraz mam na to więcej czasu... Potem zmywałam, wieszałam pranie, coś trzeba było wyprasować, wyrzucić śmieci, podlać kwiatki …. Wracał do domu mój mąż, więc podawałam mu obiad. Niech ma ten komfort, na pewno jest zmęczony. Znowu zmywałam garnki.. i już był wieczór! Żadnego większego, intelektualnego wysiłku,  żadnej odpowiedzialności za to, kto i na ile procent zda maturę, na jakie studia się dostanie...  Sielanka ! Czasem jednak włączał mi się w mózgu jakiś „budzik” pytaniem, jak sobie radzą teraz moi maturzyści, przecież zostawiłam ich rok przed maturą ! Mój zdrowy  rozsądek podrzucał mi w odpowiedzi na to wytarty slogan, że „nie ma ludzi niezastąpionych”, a zawsze w każdym liceum są, byli i będą jacyś uczniowie  „rok przed maturą” ! Może nawet byłabym skłonna  zgodzić się z tym, że niezastąpionych ludzi nie ma, ale upierałabym się przy stwierdzeniu, że niektórych jest bardzo trudno zastąpić ! Ale jestem zarozumiała ! Nie ma we mnie żadnej pokory i chyba nigdy nie było! Zawsze brałam się za jakieś nie do rozwiazania sprawy ! Kiedyś nawet przygotowywałam do matury byłą narkomankę, która wróciła na łono rodziny i z kilkuletnim opóźnieniem kończyła swoją edukację na poziomie szkoły średniej. To była bardzo inteligentna dziewczyna, ale też i mocno poraniona. Absolutnie nie wierzyła, że coś jeszcze może zrobić dobrego ze swoim życiem. Musiałam ją najpierw przekonać, że na pewno jest to możliwe! Pracowałyśmy obie bardzo ciężko przez cały rok. I zdała! W dodatku całkiem nieźle. Boże jak ja się wtedy cieszyłam ! Ile razy teraz przejeżdżam tramwajem obok jej domu, mam ogromną ochotę wysiąść i zapytać co u niej słychać, ale jakoś nie mam śmiałości. Ja nie mam śmiałości ? Pracując z nauczycielami jako metodyk miałam jej przecież sporo. Prowadziłam dla nich lekcje pokazowe w różnych szkołach, na cudzych, (nie moich szkolnych) dzieciach, prosząc tylko o podpisanie ich: Marysia, Kasia, Piotrek .... uprzedzenie o tej niecodziennej lekcji i przekazanie, że dzieci bardzo lubię i że "nie będę pytać".To były fantastyczne przeżycia:dla mnie, dla tych uczniów, ale i dla siedzących z tyłu klasy i obserwujacych lekcję nauczycieli. A ile ciekawych rzeczy  wydarzało się  na takich lekcjach.  Często nabardziej zaskoczony pracą i postawą uczniów  był ich własny nauczyciel, pracujący z daną klasą na co dzień. Wiele się wtedy nauczyłam! Dużo się dowiedziałam, zarówno o uczniach, jak i o nauczycielach. (A przede wszystkim o sobie! )  Jednym i drugim starałam się zawsze  pomagać tak, żeby im "pomogło" w ich szkolnym i zawodowym życiu. Co nie zawsze było jasne dla zmieniajacych się władz, i niekoniecznie zgodne z dyrektywami i nakazami.. Nie było to dla mnie jednak na tyle ważne, żeby się tym przejmować.  Natomiast wzruszyło mnie do łez pożegnanie zorganizowane dla mnie przez  "moich" nauczycieli, gdy zrezygnowałam z funkcji metodyka. Na pierwszej stronie albumu o Krakowie widniał wpis: "Człowiek tyle jest wart, ile daje z siebie drugiemu! - Kochanej pani wizytator..."  A tak nie chciałam się podjąć tej funkcji! Długo się broniłam powtarzając, że wolę uczyć dzieci i młodzież, bo jest szansa, że czegoś ich  nauczę, a dorosły powinien być już nauczony i niewiele można już dla niego zrobić. Nie miałam racji ! Uczelnie nie przygotowują tak naprawdę do pracy w szkole.  Przyszły nauczyciel powinien mieć na studiach wiecej praktyki, a mniej teorii. A może na ostatnim roku studiów powinien przez cały czas praktykować w szkole pod okiem nauczyciela- mistrza ? W tym moim rejonie, który obejmowałam opieką  metodyczną, myśmy się wszyscy od siebie nawzajem uczyli i przez to stawaliśmy się lepszymi nauczycielami. Dorosłego można jeszcze wiele nauczyć! To był dobry okres w moim życiu. I teraz, kiedy już tyle wiem o pracy w szkole, o sposobach uczenia, o pracy z uczniem zdolnym, słabym i "przeciętnym", wiem  jak uczyć , aby osiągnąć sukces - przecież  przez 22 lata mojej pracy w liceum, żaden uczeń nie oblał matury z mojego przedmiotu, a nie miałam w szkole  samych orłów!  Teraz siedzę w domu na emeryturze, gotuję, sprzątam, piorę i wykonuję szereg czynności do wykonania których nie potrzeba żadnego wykształcenia, a te  wiadomości i umiejętności, które zdobywałam przez tyle lat,  do niczego absolutnie mi się  już nie przydadzą ! To nie może tak być, przecież to jawne , bezsensowne marnotrawstwo ! Może powinnam komuś to wszystko przekazać ( komu i w jaki sposób? ), komuś pomóc ?  Mam jeszcze sporo energii i chęci do życia, wiele rzeczy chciałabym jescze zrobić, napisać... Uświadomiłam to sobie jakieś miesiąc temu, znudzona monotonią życia na co dzień, kiedy mój mózg zaczął zdecydowanie domagać się innego sposobu eksploatacji, wykorzystujacego bardziej skomplikowane jego funkcje i możliwości.  No i teraz muszę coś wymyśleć... muszę coś  zmienić !  Tak się poprostu nie da żyć !
                                                                   * * *

Noo.. i chyba wymyśliłam ! Choć rzecz tak oczywista, zajęła mi ponad miesiąc czasu !
Najlepiej było by (jak w opowiadaniach science-fiction) przelać te wszystkie moje doświadczenia, wiadomości i umiejętności prosto z mojej głowy do innej, zdecydowanie młodszej, albo od razu do wielu głów. Oczywiście jako tematy do przemyślenia ...dyskusji...Ponieważ jednak w realu nie wymyślono jeszcze na to sposobu i technologii, to mogę przecież to wszystko przelewać sukcesywnie na papier ( który jak mówią wszystko wytrzyma) i mieć nadzieję, że ktoś to przeczyta, że będą to czytali zainteresowani. Na pewno nie mam recept na wszystkie problemy zwiazane z wychowaniem i uczeniem, ani wyłącznej i jedynej racji w postępowaniu z innymi, ale może to moje pisanie skłoni czytajacych do konkretnych przemyśleń, akceptacji moich pomysłów lub ich odrzucenia, wymyślenia własnych, lepszych rozwiazań. Najważniejsze jest to, że może komuś się to wszystko jeszcze na coś przydać !